If yo be my star, I'll be your sky...

If yo be my star, I'll be your sky...

sobota, 8 czerwca 2013

Rozdział.13

     " Cokolwiek robię, uczy mnie to czegoś o życiu"

*Vicky POV.*
Liam w tej chwili był taki... zimny. Jego oczy momentalnie pociemniały, ale gdy spojrzał na mnie zjaśniały, i stały się znów takie jak wcześniej. Brązowe, wręcz kasztanowe. Po słowach jakie wypowiedział stwierdziłam, iż może nie warto mu odmówić. Mój tors wciąż bardzo bolał, po tym co się stało. 
-Dobrze. Będę po Ciebie koło 18. - Liam  momentalne wbił wzrok w płyty chodnikowe, które idealnie do siebie przylegały. Nic nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam co. Czy tak na prawdę chcę iść gdzieś z... NIM? 
-Dobrze. Będę gotowa.- Wyszeptałam pełna obawy w głosie.
Liam po moich słowach obrócił się przeczesał ręką postawione do góry włosy, głęboko odetchnął i ruszył w kierunku swojego bloku.  Ja sama zrobiłam to samo, tylko, że w przeciwną stronę. Poruszałam się między szarymi blokami, wchodząc w coraz to kolorowe dzielnice. Bloki zaczęły zanikać, a na ich miejsce lądowały domu. Każdy innego koloru, na każdym z ogródków kolorowe, kwiatki. Dzieci bawiące się na huśtawkach były urocze. Jedno śmiało się do drugiego ukazując białe ząbki. Szłam kilkanaście minut, aż doszłam do miejsca, z którego wiedziałam jak wrócić już do domu. Ale jeszcze nie chciałam. Musiałam pomyśleć... Pomyśleć, nad tym co zaszło. Miałam mieszane odczucia. Z jednej strony Liam to cholernie przystojny mężczyzna, który może zniewolić jednym spojrzeniem każdą kobietę, ale z drugiej strony jest też nieobliczalny. Nie spodziewałabym się po nim tak gwałtownej reakcji. Udałam się w jedną z bocznych uliczek. Boże znowu to samo? Nie. t\Ta była jakaś inna. Powoli zaczęłam wychodzić na coraz bardziej otwartą przestrzeń. Łagodne dźwięki szeleszczących liści oraz śpiew ptaków zdawały się łaskotać moje uszy. Szłam jeszcze kilka metrów prosto. Doszłam do małej drewnianej bramki. Powoli stawiałam kolejne kroki badając nowy, nieznany teren. Położyłam rękę na małą klamkę przytwierdzoną do furtki i je pociągnęłam, a potem popchałam. Zadziałało. Drzwiczki cichutko zaskrzypiały, co spowodowało gęsią skórkę na moich rękach. Wiatr delikatnie muskał moje dłonie, sprawiając, że palce zaczynały powoli marznąć. Postanowiłam, że zrobię jeden krok za bramkę. I rzeczywiście. Potem zaczęłam wchodzić głębiej i głębiej. Był tam mały lasek. Weszłam do niego. Słońce przebijało się przez wysokie gałęzie. Raziło mnie co jakiś czas w oczy. Rozglądałam się za każdym razem, kiedy usłyszałam najmniejszy szelest. Wokół mnie było wiele drzew. Nie wiadomo, co mogło się za nimi kryć. Szłam przez zarośnięty las wsłuchując się w ćwierkot ptaków, które co jakiś czas przelatywały nad moją głową. Las zaczął się troszkę rozjaśniać, co musiało oznaczać koniec wysokich drzew. Wyszłam z niego. W końcu. Gdy stanęłam na samym jego skraju zauważyłam, jak ciemne chmury spowijają przed chwile błękitne niebo. Głośny grzmot. Co mam zrobić? To niebezpieczne stać pod drzewem podczas burzy. Była kilka metrów ode mnie widziałam zbliżający się deszcz. W oddali zauważyłam, coś jakby stary opuszczony dom. Zaczęłam biec w jego kierunku. Nie zauważyłam nikogo. Nawet śladów bytu gdzieś w pobliżu... Moje nogi dawały z siebie wszystko. Coraz głośniejsze grzmoty oraz szybki bieg sprawiały, że serce biło jak oszalałe. Zawsze bałam się burzy, a tutaj jeszcze takie coś. Zarys budynku zaczął mi się lepiej ukazywać. Byłam coraz bliżej włosy wystające z czapki wpadały do buzi. Mój oddech już wysiadał. Ale jeszcze kawałek. Dam radę. Muszę.W końcu dobiegłam pod budynek. Zauważyłam drzwi. Obok nich metalowa tabliczka "ZAKŁADY PRZEMYSŁOWE COLLINS'. SPÓŁKA Z.O.O." Tabliczka była już trochę zardzewiała. Ogromna stalowa kłódka,trzymała drzwi, aby nikt przez nie nie wszedł. Na szczęście troszkę podrdzewiała i dało się ją złamać w miejscu, gdzie była najbardziej zniszczona. Grzmoty były coraz głośniejsze. Chwyciłam ogromną klamkę i pociągnęłam w dół. Popchałam drzwi, na co one się tworzyły. Skrzypienie jakie z siebie wydały rozniosło się po ogromnej przestrzeni. Powoli weszłam do środka. Było tam zimno. Bardzo zimno. Rozejrzałam się. Ale to było cholernie duże.Na przeciwko mnie były schody. Po mojej prawej i lewej nie było nic. Zupełne pustki. Jedynie ściany z czerwonej cegły odgradzały mnie od świata. Już słyszałam jak ogromne krople deszczu uderzają o dach. Podeszłam do interesujących mnie schodów. Położyłam na nich moje dłonie i mocno je przycisnęłam. Były w porządku. Powinny wytrzymać. Postawiłam jedną nogę na pierwszy stopień. Cicho zaskrzypiały. Potem dołożyłam drugą nogę i tak na zmianę aż weszłam na wyższe piętro. Tam dokładnie to samo. Nic. Pustki. Ale ta fabryka była chyba tylko jednopiętrowa. Gdy spojrzałam w górę zauważyłam wysoki strop dachu. Rozglądałam się po całej powierzchni, ale nic nie mogłam wypatrzeć. Nic co by mi pomogło. wyciągnęłam telefon z kieszeni. Cholera. Nie ma zasięgu...Usiadłam na podłodze. Nogi podwinęłam pod brodę. Co mam teraz zrobić? To miejsce jest straszne. Jak na tych filmach, gdzie gdy ktoś znajdzie taką fabrykę, to jest ona pusta. Potem zjawiają się zombie i pożerają mózg. Kurwa. Co ja gadam? Nie mogę dać zawładnąć sobą takimi myślami. Wstałam i otrzepałam tył moich spodni. Moją uwagę przykuła pewna stara gazeta. "Fabryka Collins' zbankrutowała! Kryzys spowodował, że najlepiej prosperująca fabryka została zamknięta. Skandal! "  Wczytywałam się dalej w pożółkłe od starości kartki. Górny róg kartki był zakurzony. przejechałam po nim palcem osłaniając datę. 13. sierpnia 1987 rok. Łał! Serio ? Aż tak dawno ? Jeden artykuł... Te kilka głupich linijek. Już wszystko zrozumiałam. Złożyłam 'pożyczoną' kartkę gazety w pół, i jeszcze raz. Wsunęłam ją do kieszeni. Podeszłam i spojrzałam przez okno. Było w opłakanym stanie, i ledwo co było przez nie widać. Ale zauważyłam, że ulewa ustaje. Krople coraz łagodniej uderzają w dach. Robi się coraz ciszej. Wszystko ustaje. Stanęłam pod drugim oknem. Tym na przeciwko. Dech mi zaparło. Z tego miejsca widać całe miasto. Nieporadnie wspięłam się na kilka cegieł, aby móc więcej zobaczyć. Nad miastem zbierała się mgła. Spowiła większość część miasta i lasku przez którego niedawno przechodziłam.
-Co ty tutaj robisz?- Usłyszałam za sobą. Myślałam że dostanę zawału na miejscu. Mocny głos rozbrzmiał w całym pomieszczeniu. Czułam na sobie ten przenikający wzrok. Moje serce biło jak oszalałe. Cholera. 
-Pytam się coś. Nie ignoruj mnie.- Złość z jaką te słowa zostały wypowiedziane dosłownie się wylewała. Nagle w ciągu jednej chwili moje oczy zaczęły wypuszczać z siebie łzy. Jeszcze nigdy tak nie płakałam. Oparłam ręce o parapet i płakałam. Stałam tyłem nie wiedząc co robić.
-Nie krzycz. Proszę.- Powiedziałam po cichu licząc, że uda mi się załagodzić ostrość tonu głosu osoby za mną. Liam podszedł do mnie od tyłu chwycił w tali i obrócił w swoją stronę. Otarł łzę z mojego policzka. Moje serce... Ono zaraz przestanie bić. Czułam jak niesforny rumieniec zaraz wypali mi policzka. Byłam cała czerwona jak burak. Schyliłam głowę ku ziemi. Nagle te małe kamyczki były tak ciekawe... Wziął moją brodę w ręce i podniósł ją do góry. Jego ciepłe dłonie... One dotykały mojej twarzy. Chciałam, żeby czas się zatrzymał... Proszę stój.
-Przepraszam.- Rozległo się z jego ust.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz